O autorze
Ekspert mediów społecznościowych, pasjonatka marketingu internetowego, z zamiłowania autorka tekstów wszelakich.

Lubię rozmawiać z ludźmi - dlatego właśnie rozmowy i ich efekty są punktem wyjścia dla tego bloga.

Diorgirl

Kamila Wawrzyniak
Kamila Wawrzyniak fot. Hubert Warulik
Jest jedną z najpopularniejszych polskich modelek. John Galliano uszył na niej kilka kolekcji dla domów mody: Galliano i Dior. Chodziła w pokazach: Dior, Galliano, Chanel, Vivienne Westwood, Viktor&Rolf czy Elie Saab. Kilka dni temu skończyła warsztaty sygnowane przez markę Hugo Boss. O cieniach i blaskach modelingu oraz kondycji współczesnej mody polskiej rozmawiam z Kamilą Wawrzyniak, modelką agencji Model Plus.

Dominika Dworak: Kamila, jak to się stało, że jesteś jedną z czołowych polskich modelek?



Kamila Wawrzyniak: Stało się zupełnie przypadkiem, bo nigdy nie planowałam kariery modelki, byłam typem chłopczycy, która woli biegać z chłopakami po drzewach zamiast przymierzać sukienki mamy czy podkradać jej kosmetyki. Do tego wszystkiego byłam jeszcze kujonem (śmiech), który każdą klasę kończył czerwonym paskiem. Dla mnie i moich rodziców oczywistym było, że po liceum pójdę na studia, pisana mi była kariera prawnika.
Życiem jednak rządzi przypadek... Pewnego dnia robiąc zakupy w Tesco w Częstochowie natknęłam się na konkurs dla modelek. Nie interesowało mnie to w ogóle, ale jedna z organizatorek podeszła mnie: słuchając moich kategorycznych odmów powiedziała, że jestem wyjątkowo sztywna jak na tak młodą osobę, a w gruncie rzeczy taki konkurs to zabawa, w której mogłabym po prostu wziąć udział. Na przekór wzięłam udział i...w przededniu matury dotarłam do ścisłego finału.
Okazało się, że ten konkurs był całkiem poważny (śmiech), ogólnopolski, a ostatecznie, że go wygrałam. Nagroda okazała się niebagatelna ­ - kontrakt z Vivą, najlepszą agencją modelek w Paryżu. Nie marzyłam o modelingu, ale stając przed taką szansą ­ wiedziałam, że chcę z niej skorzystać.

DD: Co było najtrudniejsze w podjęciu tej decyzji?

KW: Najtrudniejsze okazało się przekonanie rodziców, żeby pozwolili mi odłożyć na jakiś czas plany związane ze studiami i pozwolili wyjechać. To były czas Mończyka i "Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym" ­ myślę, że najbardziej obawiali się, żeby nie spotkał mnie los tysięcy dziewczyn, które marząc o karierze modelki trafiały na pokazy bielizny erotycznej i na walki w kisielu. Ostatecznie jednak zgodzili się, a ja z małą walizką stanęłam na lotnisku, by wyruszyć w nieznany świat wielkiego modelingu, o którym nie miałam zielonego pojęcia.

DD: Jakie błędy popełniłaś?

KW: Nie wiedziałam na przykład, że powinnam mieć agencję­-matkę, która pilnowałaby moich interesów. Ja takowej nie miałam przez co Paryż decydował o wszystkim, a ja musiałam się z nimi zgadzać. Normalnie ostatnie słowo należy do agencji ­ matki, która dba o rozwój kariery, o wysyłanie dziewczyny tam, gdzie dzieją się ciekawe castingi. Ja nie znałam tego świata ani rządzących nim reguł. Biegałam po Paryżu z mapą, aby się nie zgubić, uczyłam się angielskiego i przeżywałam swoje pierwsze sukcesy w profesjonalnym modelingu.

DD: Ale są jakieś plusy paryskiej agencji?

KW: Viva zajęła się mną kompleksowo, dała mi możliwości, które z Polski byłyby dla mnie nieosiągalne. Musisz wiedzieć, że klienci, szczególnie ci najbardziej luksusowi, zapraszają na castingi tylko wybrane agencje, te najlepsze. Będąc w tak prestiżowej agencji jak Viva miałam szansę od początku pracować dla kultowych marek ­ wyobraź sobie, że uczyłam się na Diorze (śmiech)! Ja naprawdę byłam wtedy niedoświadczonym podlotkiem w trampkach, nie mającym pojęcia o modzie, trendach, o wielkim świecie modelingu.
Pamiętam, że przed samym wylotem do Paryża zrobiłam sobie żelowe tipsy, sądząc, że to szczyt szyku. Bookerka z agencji bardzo delikatnie dała mi do zrozumienia, że lepiej je usunąć zanim zacznę chodzić na castingi do klientów. Gdy myślę o sobie z tamtego czasu, widzę jak bardzo byłam nieopierzona!

DD: Wspomniałaś, że jadąc do Paryża dawałaś sobie okres próbny, bo wciąż rozważałaś możliwość powrotu do Polski i zdawania na studia. Kiedy nastąpił moment przełomowy?

KW: Tak się złożyło, że bardzo szybko się spodobałam. Po przyjeździe do Paryża głównie biegałam z mapą od castingu do castingu. Założyłam, że jeśli w ciągu 3 miesięcy nie wydarzy się nic szczególnie spektakularnego ­ wracam do Polski i idę na studia. Trafiłam na sesję dla Marie Claire, którą robił Tiziano Magni, kultowy fotograf mody ­ bardzo we mnie uwierzył i bardzo mu się spodobałam. Chwilę potem poszłam na casting do Diora i od ręki go dostałam. Z tego castingu zapamiętałam przesympatycznego "wariata" z małym pieskiem na ręku. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że ten "wariat" to sam wielki John Galliano (śmiech). Tak zaczęła się moja przygoda z Diorem, która zaważyła na decyzji, że zostaję w Paryżu.

DD: O pracy dla Diora marzy zapewne każda modelka. Czy możesz opowiedzieć nieco więcej o swojej przygodzie z tym kultowym domem mody?

KW: Z Diorem pracowałam dość długo i intensywnie ­ przez kilka sezonów robiłam dla nich przymiarki. Co to znaczy? Każdą główną kolekcję poprzedza tak zwany TOILE ­- powiedzmy sobie ­ makieta stroju, dzięki której projektant widzi czy dany wzór dobrze się układa, dobrze wygląda, jest odpowiednio skrojony. Zanim projekt trafił przed oczy Galliano (to on decydował, które modele wejdą do kolekcji) był poddany wielokrotnej obróbce krawców i stylistów. Wszystko to było szyte na mnie. Nie wiem czy wiesz, ale Dior pracuje na oryginalnych projektach, które modyfikuje się na przykład poprzez innowacyjne tkaniny. Jest tam ogromna dbałość, aby wszystkie kolekcje były wzorowane na konstrukcjach wielkiego Christiana. Częstokroć do przymiarek dostawałam stare albumy, gdzie konstruowany na mnie projekt prezentowała modelka 30, 40, 50 lat temu ­- zazwyczaj proszono mnie, abym zapozowała w identyczny sposób. Dom mody Dior bardzo dba o to, aby kultywować najlepsze praktyki krawieckie, czerpać ze swojej wieloletniej tradycji.
Z perspektywy czasu wiem, jak ważnym był angaż do Diora, jednak wtedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z prestiżu tej propozycji. Po pokazie Dior zatrzymał mnie jeszcze na 6 sezonów. Muszę powiedzieć, że przygodę z modelingiem zaczęłam z wysokiego C (śmiech). W agencji śmiano się, że jestem Diorgirl.

DD: Co było najbardziej niesamowite w pracy dla Diora?

KW: Myślę, że totalna nieprzewidywalność. Na porządku dziennym zdarzały się tam prywatne pokazy dla na przykład marokańskich księżniczek. Butik był zamykany, po wielogodzinnych przymiarkach odbywała się prezentacja, podczas której klientki zostawiały niekiedy miliony euro. Innym fascynującym momentem były pokazy haute couture. Suknie haute couture pochłaniają mnóstwo pieniędzy, a są właściwie niesprzedawalne, przygotowuje się je z wyszukanych materiałów, spędza nad nimi niesamowite ilości czasu. Założenie takiej sukienki podczas pokazu naprawdę nobilituje. Szczególnie, gdy te sukienki wychodzą spod igły Diora.

DD: Ostatecznie zostałaś w Paryżu przez kilka lat, a do kraju wróciłaś dopiero w ubiegłym roku. Trafiłaś na moment, gdy w Polsce mamy boom na projektantów modowych, zarówno tych profesjonalnych, jak i domorosłych. Mówi się, że dziś projektantem może zostać każdy i trudno się z tym nie zgodzić, patrząc, co dzieje się dookoła ­ jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne marki modowe, których egzystencji sprzyja internet. Jak oceniasz współczesną modę polską? Daleko nam do światowych standardów?

KW: Byłoby bardzo niesprawiedliwe dla polskich projektantów, gdybym porównywała ich do marek dziesiątki lat istniejących na rynku. Z drugiej strony musimy pamiętać, że większość topowych dziś za granicą nazwisk swój sukces zawdzięcza temu, że ktoś zauważył ich w odpowiednim momencie. Galliano nie byłby tym Galliano, gdyby Anna Wintour nie dostrzegła w jego stylistyce nawiązań do stylistyki domu mody Dior. Marc Jacobs nie byłby kultowym projektantem, gdyby nie dała mu swojego namaszczenia. Nie trudno wyobrazić sobie jak trudne jest to z pozycji Polski. To granica właściwie nie do przekroczenia ­ nawet najzdolniejszym polskim projektantom, mającym na koncie liczne sukcesy, ciężko zaistnieć poza Polską. Nie oszukujmy się, Polska nie jest istotnym punktem na modowej mapie świata. Inną kwestią jest to, że w Polsce nie ma domów mody. Dior czy Chanel dziś to nie tylko kultowe marki, ale przede wszystkim prężnie działające firmy, w których najzdolniejsi projektanci mają szansę się rozwijać pod okiem mistrzów. Boom na polskich projektantów ledwie się zaczął -­ dotychczas bogate polskie konsumentki wolały sięgać po marki zagraniczne, będące synonimem luksusu.

DD: No właśnie, czy Twoim zdaniem mamy już w Polsce marki modowe, projektantów, którzy mogą konkurować o polską klientkę z kultowymi projektantami spoza Polski?

KW: Tak, na pewno. Mamy Gosię Baczyńską, Mariusza Przybylskiego, Tomasza Ossolińskiego, Joannę Klimas, Łukasza Jemioła, Roberta Kupisza, Dawida Wolińskiego, duet Paprocki&Brzozowski, LaManię, Macieja Zienia.To są profesjonaliści dbający o każdy detal, o jakość materiału, o krój. Ich projekty to projekty na światowym poziomie. Na szczęście polscy projektanci są bardzo zdolni i uparci, idą do przodu nawet w niesprzyjających okolicznościach (śmiech), walczą o swoje miejsce w świecie mody. Obecnie standardy nie odbiegają od tych spoza granic naszego kraju ­ zatrudnia się modelki, organizuje pokazy. Te pokazy naprawdę są profesjonalne i na wysokim poziomie ­ dba się o właściwą oprawę muzyczną, o efekty specjalne, o właściwą ekspozycję kolekcji. To przede wszystkim zasługa Kasi Sokołowskiej, bardzo dobrej reżyserki mody i choreografki. Co więcej, projektanci szukają sponsorów i inwestorów, rozumieją jak ważne jest pozyskanie źródła finansowania. Od jakiegoś czasu na pewno jest im łatwiej dzięki Internetowi, poprzez który mogą się promować, jak również sprzedawać swoje ubrania, czego odbicie widzimy w kolekcjach. Coraz więcej projektantów stawia na „tańsze” linie, które sprzedają głównie przez internet.

DD: Dobrze, że poruszyłaś ten wątek. W ostatnim czasie powstały platformy sprzedażowe jak Mostrami czy Showroom, pozwalające projektantom ­ zarówno profesjonalistom, jak i amatorom ­ swobodnie sprzedawać swoje projekty. Jest szereg inicjatyw takich jak targi Hush Warsaw czy Mustache Yard Sale. Polska moda żyje, jest niezależna i przeżywa swój rozkwit. Jak oceniasz to, co się teraz dzieje?

KW: Powiem brutalnie ­ musimy oddzielić domorosłych projektantów od profesjonalistów, ludzi z warsztatem, znających na wylot sztukę krawiecką, znających się na materiałach, na konstrukcji, wizjonerów. Na szczęście tych drugich jest w Polsce coraz więcej, młodzi ludzie coraz chętniej kształcą się w tym kierunku. Myślę, że dobrze się dzieje.

DD: Czego brakuje polskim projektantom?

KW: To jest oczywiście moje zdanie, ale uważam, że polscy projektanci myślą zbyt mało marketingowo. Nie skupiają się na promocji, na konsekwentnym budowaniu świadomości marki. Promują się z doskoku, często według własnej wizji, zamiast oddać to w ręce profesjonalistów. Moda to taki sam biznes jak każdy inny. Trzeba znaleźć równowagę między artystyczną i marketingową stroną tego biznesu, pamiętając, że obie są bardzo ważne. Co z tego, że ktoś projektuje fantastyczne ubrania, jeśli nikt nigdy o nim nie
usłyszy...?
Trwa ładowanie komentarzy...